Zachowanie asertywne, uległe i agresywne
Kiedy trzeba się wykazać, gdy próbuje się zdobyć akceptację zespołu, jak człowiekowi na czymś zależy, jest nowy na pewnym gruncie, to mogą być problemy z asertywnością. A co z asertywnością tam, gdzie ludzie są głusi?
Pytania do was:
1. Uważacie się za ludzi asertywnych w pracy, w kontaktach z klientami?
2. Jaki wpływ na wasze relacje z innymi miało zachowanie asertywne? Przeważnie stawały się one lepsze, czy gorsze?
Wprowadzenie w taki miks uległości, agresji i asertywności
Byłem nowym pracownikiem w pewnej firmie. Pracowałem tam od kilku tygodni. Mimo tego dystans między zespołem a mną nie wydawał się skracać. Pozostawało mi sumienne wykonywanie obowiązków, dopytywanie o to, czego nie wiedziałem. To w zasadzie wszystko. W sumie obojętne mi było to, czy się zintegruję, czy mnie do tej swojej bandy przyjmą, bo byłem zafascynowany pracą. Humor popsuł mi szybko pewien problem. Okazało się, że… Nowy pracownik szeregowy ma donosić i wydawać polecenia.
Ucieczka od podporządkowania i uległości
Szef musiał nie radzić sobie dobrze z przekazywaniem poleceń i uwag krytycznych. Pech chciał, że to ja byłem mięsem armatnim i postanowił się mną wysłużyć, tak bym to ja był w razie czego tym najgorszym. Tak było najprościej. Gdyby przyszło do zwolnień to na mnie by padło, więc gdybym się starł, to niewielka by to była dla firmy strata, gdybym odszedł. Byłem tam najkrócej, więc nie przejrzałem jeszcze słabości szefa, słabości i mocnych stron członków zespołu, więc można mnie było wciągnąć w grę, mną się posłużyć.
Od tej więc pory polecenia teoretycznie przechodziły przeze mnie. Teoretycznie, bo ja ich nie przekazywałem. Na początku mówiłem szefowi „oczywiście przekażę”, „oczywiście wykonam”. Jednak zwlekałem z tym jak mogłem, tłumaczyłem się. Bo jak niby miałem zawładnąć zespołem? Jak miałem zdominować grupę? Nie chciałem wyjść na przydupasa. Gdybym rzucał oschłe rozkazy, to góra po tygodniu mógłbym przygotować sobie kartonowe pudełko, by wrzucić do niego swoje szpargały i trzasnąć drzwiami.
Problem polegał na tym, że mi się moja praca podobała, lubiłem ją. Grałem więc na zwłokę. Byłem zaskoczony absurdalnymi wymaganiami szefa, dałem sobie czas do rozmyślań na temat tego co ja mam właściwie w tej sprawie począć, bo byłem trochę między młotem a kowadłem. Zapytałem szefa jak on sobie to wyobraża, bo przecież nie jestem wyposażony w funkcje kierownicze, jestem nowym pracownikiem szeregowym, więc nikt nie ma mnie obowiązku posłuchać, sam bym nie posłuchał. To samo zrobił szef . Nie posłuchał mnie.
Po kilku przypomnieniach, upomnieniach, naciskach z jego strony podszedłem do ekipy i zapytałem o to, czy szef proponował któremuś z nich awans. (Okazało się, że nie). No to dodałem. No widzicie a na mnie szef naciska bym wydawał Wam polecenia, bawił się w kierownika, a ja uważam, że taka osoba powinna być wyłoniona z członków starego zespołu. W każdym razie męczy mnie ta cała sytuacja, szef nalega na to, żeby zostały wprowadzone takie i takie zmiany, że trzeba robić tak i tak, a nie tak jak zwykle. Po czym dodałem. Znajduję się w niezręcznej sytuacji. Jestem tylko pracownikiem podobnie jak Wy, trzymam waszą stronę. Po prostu musimy robić swoje, jesteśmy dorośli, musimy być odpowiedzialni. Za to nam płacą. I tyle.
Wierzyłem w to, że w każdym człowieku, który wyjmuje sobie 8 godzin z życia dziennie na pracę, musi istnieć przekonanie, że opieprzanie się jest złe, że to strata czasu, oszustwo, działanie na niekorzyść firmy, na niekorzyść kolegów zasiadających obok i na niekorzyść własną.
Po fakcie zauważyłem, że pracownicy darzą mnie odrobinę większym zaufaniem (raczej przez to, że obiecałem nie kablować), pracowałem sumiennie, więc i tym zdobywałem ich respekt.
Zachowanie agresywne względem pracodawcy
Któregoś dnia popełniłem jednak błąd. Naskoczyłem na szefa przy członkach zespołu. Im wszystkim to rzecz jasna się spodobało, bo coś się działo, chałturka była. Ale mi było z tym perfidnie i czułem wewnętrzny wstyd już do końca moich dni w tej firmie. Co mi po tym, że zespół klepał mnie za to po plecach? Nie pociągnęło to za sobą dalszych konsekwencji, ale zacząłem rozmyślać nad odejściem. Szef zirytował mnie zapytaniem o to, dlaczego jeden z pracowników nie stawił się do pracy, a ja poczułem się zaatakowany.
Po paru dniach wszyscy o całej sytuacji zapomnieli. Myślę, że tylko ja i szef musieliśmy udawać, że nic się nie stało, bo musieliśmy z sobą żyć. Dał mi tą szansę, bo mnie nie zwolnił. To nie był zły facet. Wręcz odwrotnie. Był za dobry, za bardzo wyrozumiały i stąd pojawiło się tyle kłopotów wewnętrznych. W firmie panował elastyczny podział zadań. Najwidoczniej to było błędem, bo była to elastyczność przypominająca rozpierduchę, a nie elastyczność zorganizowana.
Jak nie trudno się domyślić zastanawiałem się nad tym, czemu szef próbował mną się wysłużyć. Czy może zauważył jakiś defekt w moim zachowaniu, czy wyglądałem na człowieka uległego, bo nie wierzę, żeby wyobraźni nie posiadał i żeby potraktował mnie jako zwykłego popychla. Czemu nie wierzę? Bo dawał mi do zrozumienia, że darzy mnie zaufaniem, widział, że się staram, widział, że nie wchłonęły mnie jeszcze złe zwyczaje panujące w firmie. Jako, że jest w tym sporo różnego rodzaju za i przeciw, to do dziś tak do końca nie wiem, czemu tak było.
Wiecie przecież jak to jest. Na początku nie wiedziałem, czemu rzuca mi się takie wymogi. Myślałem, że może to swego rodzaju test moich zapędów, zahamowań, czy tym podobnych rzeczy.
Poczucie bycia wykorzystywanym i droga ku asertywności
To jednak nie wszystko. Po jakimś czasie przestał mi odpowiadać podział obowiązków. Jak byłem nowy to musiałem się wprawić. Czasem zdarzało mi się zabierać robotę do domu. Od pewnego dnia jednak coś mnie zaczęło świdrować od środka aż w końcu do głowy uderzyło mi stwierdzenie, że czuję się wykorzystywany, że okres przystosowania mam już za sobą, że zapracowałem sobie na szacunek, wyrabiam normę i musiało mi po drodze dojść obowiązków skoro inni mają po pracy czas dla siebie, a ja nadal po robocie odsapnąć nie mogę.
Główkowałem w nocy co powiedzieć, jak powiedzieć. Wbijałem sobie do łba zwroty typu „nie ulegaj”, ale „wysłuchaj”, „nie krzycz”, „nie wybuchaj”. Co powiesz? Co oni na to odpowiedzą? Jak im odpowiesz? Potem zacząłem się zastanawiać nad tym, jak na chwilę obecną jestem postrzegany (bynajmniej oficjalnie, zanim nie odwrócę się plecami). Wyszło mi na to, że musieli zauważyć to, że mam zasady, nie kabluję, stoję za zespołem, pracuję sumiennie i do tego potrafię też szczekać. Nie wiedzieli tylko tego, że jak wpadnę w pasję, to stać mnie jeszcze na gorsze rzeczy. I ja się tego najbardziej obawiałem, żebym dał sobie radę z nerwami, żebym był opanowany.
Wybrałem odpowiedni moment, powiedziałem co myślę z należytym spokojem. Nie było sprzeciwów, nie musiałem słuchać argumentów, ale myślicie, że to coś dało? Nic! Zrobiłem inaczej. Wziąłem kartkę i parę godzin z dnia pracy przeznaczyłem na sprawiedliwe wynotowanie wszystkich obowiązków, które powinny mi przypadać na zajmowanym przeze mnie stanowisku. Zaznaczyłem swój teren.
Jak ktoś dzwonił i akurat to nie była moja działka podawałem słuchawkę, jak coś wykraczało poza obowiązki do jakich zostałem zatrudniony, to ja nie dotykałem tego nawet jak się paliło. A jak ktoś zaczynał miauczeć, że coś trzeba wziąć do domu, to ja odpowiadałem, że dziś jest mecz, że jadę do rodziny, umówiłem się z kumplami itp. Jak widziałem, że solidarnie dzielimy się robotą, jak każdy poznał tego smak, to uzgodniliśmy, że zrobimy coś na kształt dyżurów, każdy będzie miał swoją kolejkę. Wszyscy byli niezachwyceni, ale nikt nie miał wyboru.
A powyższe wcale nie poszło sprawnie. Gdzie tam! Wziąłem monitor i skrzynkę pod pachę i przeniosłem stanowisko w kąt, im za plecy, bo nikt nie lubi mieć wroga za plecami. Czy miałem ochotę zostać w tej firmie? Przecież już się przeniosłem, trochę się poddałem, zacząłem się wycofywać. Ale na rezygnację było za późno, bo zaczęła się wojenka. A jak jest wojenka i facet się wymiksuje, to znaczy, że tą wojenkę przegrał i jest mięczakiem. Zostałem i trzeba było kombinować jak teraz zrobić aby negatywne emocje dalej nie narastały, aby wszystko obrócić w dobrą stronę.
Wychodzenie na prostą
Powoli, powoli i ta cierpliwość, to użeranie się zaczęło przynosić pozytywne rezultaty. Ja trochę się popsułem, oni stali się ciut bardziej przykładni a w efekcie stałem się częścią zespołu. Bo co ja miałem do wyboru? Albo poddać się odwalając coś za co szef zwolni mnie z pracy, tak, żebym z tej wojaczki wyszedł przegrany, ale usprawiedliwiony szeregiem niedopowiedzeń. Albo skupić się na pozytywach pracy i bawić się metodą małych kroczków integracyjnych. Przyłożyłem się do roboty i jak pojawiała się okazja to przebijałem mur, np. wtrącając się w rozmowy na wspólne tematy (bo to łączy). Poza tym rozmowy o pracy prowadziliśmy normalnie, spokojnym „zawodowym” tonem. Na szczęście wyszło na to, że nikt nie lubi wisielczej atmosfery.
Kiedy wypracowaliśmy już wewnętrzne zasady, wszystko szło na tyle sprawnie, nie chciało mi się zamieniać tego składu na żaden inny. Jednak ekipa zaczęła się sypać. Kolega dostał lepszą pracę i Don’t Cry for Me Argentina. Więc i inni koledzy zaczęli o tym myśleć, tzn. pewnie już wcześniej nad tym myśleli, tylko że nie na głos.
Ja byłem w ekipie najświeższy, nie byłem jeszcze zmęczony akurat tymi czterema ścianami, towarzyszył mi zapał. Im nie. Co gorsza, zdawałem sobie sprawę z tego, że starczy, że odejdzie dwóch pracowników, żeby doszedł mi ogrom zadań. Wcale nie patrzyłem też chętnie na perspektywę przyjścia nowych ludzi, stażystów, czy kogo tam przyniesie.
Nie było o co walczyć. W takim razie po cholerę była ta trwająca kilka miesięcy szopka?
fot. DepositPhotos
No related posts.




10 komentarzy
3.21.2011
Ojej
świetny wpis i doskonałe przykłady.
Pozdrawiam!
3.22.2011
Bycie „Świeżakiem” zwykle idzie w parze z tzw. frycowym. Jeżeli w firmie jest spora rotacja – nie jest źle. Gorzej jednak przychodzi nam być „tym nowym” przez dłuższy okres czasu. I to jeszcze w zespole, który nadszarpnięty przez zęby czasu i monotonii trochę zwolnił tempo, kiedy my działamy na pełnych obrotach.
Dla mnie asertywność to podstawa. Oczywiście nie staram się stawiać zawsze na swoim i być wiecznie na „nie”. Jednak kiedy widzę, że sprawy idą w wybitnie złym kierunku lub nie prowadzą do niczego – mogę nawet stanąć okoniem. Uważam, że jeżeli mamy do czynienia z ludźmi dorosłymi, którzy podobnie jak my mają ambicje i zasady – nie ma problemu, bo tacy zawsze zrozumieją. Reszta mnie mało obchodzi…;-). Wtedy zawsze wyjdziemy na plus, duszenie w sobie tego jacy jesteśmy, jak pracujemy itd. nigdy nie wyjdzie nam na zdrowie – albo zostaniemy sfrustrowanymi cichymi zabójcami albo nabierzemy nawyków i zachowań, których wcześniej nie tolerowaliśmy.
Jasne, nie ma co szarpać o pierdoły – szkoda nerwów. Należy oceniać sytuacje po konkretnym przypadku, zamiast budować mury oparte o niby uniwersalne zasady. Ważne jest przy tym jednak ustanowienie granic, których dla własnego zdrowia psychicznego, przekraczać nie będziemy.
3.22.2011
Bardzo dobry tekst.
3.22.2011
Przypomniałeś mi Adamie o mojej pracy. A tak dobrze było nie pamiętać
Lojalki, 100000 szefów…
Do pracy się spóźniałem (koszmarny dojazd do jakiegoś zadupia), w pracy nie było co robić (na początku miałem tylko patrzeć, jak to się u nich pracuje), chodziłem jak zombie (kilka godzin snu), praca niebezpieczna.
To wyglądało jak sen, a raczej koszmar.
Zwolniłem się po miesiącu pomimo straszenia karą umowną (którą zapłaciłem). Najważniejsze było odejście jak najszybciej. Dziwię się, że tak długo wytrzymałem:)
Dobrze wspominam tylko któregoś tam szefa (było och kilkunastu, jak już pisałem, nie wiem po co i na co), który tylko do mnie zwracał się po imieniu – pewnie dlatego, że znał mojego ojca, który też tam pracował.
PS. Tekst bardzo dobry, czytało się przyjemnie:)
3.22.2011
Opisałeś Adamie sytuacji mi doskonale znaną… Z drugiej strony.
3.23.2011
Nim więcej emocji i zależności tym ciężej jest się zachowywać asertywnie. Pocieszające jest to na tle problemów z asertywnością w pracy, gorzej wypada asertywność w stosunkach z bliskimi. Tutaj jeszcze bardziej ulegamy, bo nam na bliskich zależy.
Ludzie stosują różne sztuczki emocjonalne, żeby „nas zdobyć”. Dla przykładu weźmy pierwszy z brzegu dialog z serialu.
Dziewczyna dzwoni do kumpla i prosi go by przyjechał do niej pouczyć ją fizyki, bo ona musi znać materiał do obiadu, a sama nie da sobie rady.
Koleś odpowiada jej, że nie może teraz przyjechać, bo idzie do szkoły. Przyjedzie, ale po szkole.
Ona go dusi. Już na niego najeżdża psychicznie: jak raz pójdziesz na wagary to nic się nie stanie, nie stracisz statusu prymusa.
On się upiera.
Wtedy ona mówi mu: dzięki, że w każdej sytuacji mogę na ciebie liczyć.
On mięknie. Bo wysłała mu sygnały, że przestaje go lubić, że jest lalusiem, mięczakiem, dupkiem i do tego wszystkiego jeszcze nie można na niego liczyć.
3.23.2011
@deryl, w domach, związkach to faktycznie jest o tą asertywność ciężej. Najgorzej chyba się ma asertywność do dzieci. Sytuacja, którą przedstawiłeś jest ciekawa i klasyczna. Kończę taki tekst o wyzysku emocjonalnym, presji emocjonalnej, szantażach emocjonalnych. Bo to trzeba odróżniać. W takim sensie, że to osoba, która nie jest w stanie zrozumieć odmowy, nie respektuje naszego „ja” ma problem. I jeśli się obraża o to, że czegoś nie chcemy, czy nie możemy to kiepsko u niej z empatią, zrozumieniem, wyobraźnią. Ma przerost mniemania o sobie, z egoizmu i małej tyranii też musi się leczyć.
3.23.2011
@Magda, @jahoo, bardzo dziękuję. Tekst jest emocjonalnie rozmemłany, do tego za długi, a i tak go okroiłem. Łatwo się takie rzeczy pisze, ale bardzo ciężko przychodzi naciśnięcie przycisku „Opublikuj”.
3.23.2011
@Paweł, proponowano mi pracę na zadupiu, ale ja to mam jakiś lęk przestrzenny. Jak widzę rozciągające się hektary piachu i trawy, jak w pobliżu nie ma osiedla, sklepu, kiosku ruchu to towarzyszy mi dziwny niepokój:)
Będąc w jednej z firm, zauważyłem też inny lęk. Grafik siedział w piwnicy, ciemno, zimno, zero okien, w odosobnieniu, pod eleganckim biurem. To może i bym zniósł, bo chociaż cisza by była. Ale będąc w tej firmie miałem wrażenie, że posadzili grafika w lochu. Myślę, że pracował tam już kilka lat. Delikatnie mówiąc był bardzo dziwny, mam nadzieję że to nie przez to gdzie pracował a z natury:)
3.23.2011
@daiquiri, fakt. Lepiej gdy po nas przychodzi szybko jeszcze ktoś, bo to zdejmuje z nas chociaż część spojrzeń i uwagi. Gorzej jest, jeśli dzięki temu, że jesteśmy nowi mamy prawo czuć się pod ochroną, ekipa o nas dba, żyjemy sobie jak pączki w maśle. Wtedy tej rotacji nie pragniemy:)
Ludzie są przewrażliwieni. Mimo tego, że nie raz mówiłem o czymś tak, żeby nie godzić w osobę, tylko przedstawić ogląd na konkretną sprawę, to spotykałem się z wybuchem.