Blogowanie kosztuje
Dużo jest hurraoptymistycznych tekstów o zarabianiu na pisaniu blogów. Mało się, za to rozprawia o kosztach jakie generuje rozwijający się, dobrze rokujący blog.
Przy założeniu, że nie korzysta się z platform umożliwiających blogowanie i pisze się pod własną domeną, wraz z upływem czasu rosną wymagania odnośnie serwera. W zależności od charakteru bloga, być może trzeba też się zastanowić nad hostingiem obrazków.
Pomyśleć należy o optymalizacji serwisu, robieniu bieżących modernizacji bloga, zleceniu napisania rozszerzeń, wykorzystaniu odpłatnych rozszerzeń.
Nie obejdzie się też bez kosztów związanych z promocją serwisu, zastanowienia się nad wykupieniem reklam.
Aby zbudować społeczność bloga wypada zorganizować konkursy i najlepiej samodzielnie zapłacić za nagrody rzeczowe.
Artykuły należy wzbogacać o fotografie. Tu coraz częściej sięga się po odpłatne zdjęcia.
Narzędzia promocyjne, ułatwiające monitorowanie serwisu i reakcji społeczności w bezpłatnych wersjach też prędko przestają być wystarczające, bo ograniczają komfort pracy.
Warto też poszerzyć grono redakcyjne i zapłacić za przygotowywane publikacje. Nie można też nie myśleć o korekcie wpisów. Być może warto się zastanowić nad przygotowaniem anglojęzycznej wersji bloga.
Nie bez znaczenia jest także zaplecze sprzętowe. Co, jeśli zechcemy urozmaicić rodzaj publikowanych wpisów o filmiki i autorskie fotografie? Szybko też trzeba się wyposażyć w źródło mobilnego internetu. Ciężko jest sobie wyobrazić pracę bez czytnika e-książek, mobilnego stanowiska pracy.
Dynamiczny rozwój bloga jest strasznie zaborczy. Nasz tytuł blogowy woła o full time blogowanie. Prasówka, moderacja, monitorowanie, modernizacja, pisanie, mailing, komentowanie, promocja, budowanie społeczności, poszukiwanie sponsorów – wszystkie te czynności wymagają czasu.
Rośnie też chrapka na otwieranie kolejnych tytułów blogowych tak, aby wykorzystać moce drzemiące w zapleczu o jakim mowa powyżej. Tu przy okazji pojawią się też nowe wydatki.
Każdy bloger musi sobie stawiać wyzwania. Być może będzie, to napisanie e-booka, być może wprowadzenie odpłatnych treści, zagwarantowanie dostępu do sekcji z produktami premium. A to kolejne nakłady.
Przygotowanie darmowych niespodzianek dla użytkowników też wymaga nakładów pracy. W naszej branży często przygotowuje się darmowe ikonki, szablony itp.
Pokazywanie się na imprezach branżowych również generuje koszty.
Powiązane artykuły:




29 komentarzy
12.14.2011
Wierzę. Przyglądam się poczynaniom blogosfery, obserwuję ruchy znanych blogerów np. w serwisach społecznościowych. Oni przez większość dnia są tam aktywni.
Profesjonalne blogowanie, poważne blogowanie to ciężka praca.
W opłacalność tego w polskich warunkach śmiem wątpić. Spójrz na zagraniczne blogi. Tam sloty reklamowe pękają w szwach. U nas jakoś tego nie widać.
Na świecie blogowanie jest biznesem. Blogi tworzą często ludzie z rozpisaną strategią i kapitałem. U nas konieczność wkładania kasy w bloga nie idzie w parze z możliwościami pozyskiwania reklamodawców. Tylko spekuluję.
12.14.2011
Brawo! Bardzo dobry wpis, cieszę się, że ktoś w końcu poruszył też kwestię kosztów, a nie tylko korzyści.
12.15.2011
W opisanym wymiarze nie można tego nazwać blogowaniem.
To już działalność prasowa/wydawnicza.
12.15.2011
Zgadza się, ale wszystko zależy od podejścia do prowadzenia bloga.
Jeśli blog jest Twoim źródłem dochodu to oczywistym jest, że inwestujesz w niego czas, kasę i inne zasoby, bo na tym zarabiasz (ale tak samo jest z każdym innym zawodem – jako grafik zainwestowałem w komputer, monitor, inny osprzęt, literaturę branżową…). Ale to wszystko i tak się zwróci, a przynajmniej powinno.
Jest też blogowanie jako hobby na wolną chwilę. Ja tak traktuję swój blog i, niestety, ostatnio wpisy pojawiają się coraz rzadziej. Nie mam czasu na szukanie tematów, pisanie… Ale też jedynym kosztem był zakup domeny i serwera, na którym stoi kilka innych moich stron. Grafiki do treści przygotowałem albo sam albo mam z Fotolii (w zamian za ich baner na blogu). Ale zysków też nie mam praktycznie żadnych – po prostu blog nie jest na to nastawiony.
IMO Chris dobrze napisał – jeśli blogowanie jest biznesem to wtedy już raczej jest bliższe działalności wydawniczej, bo nie robisz tego dla funu (jak mój czy Twój, bo zakładam, że nie piszesz Warstw dla kasy) i masz większe zobowiązania w stosunku do czytelników.
12.15.2011
Poklikałem ci po reklamach
12.15.2011
To może ja najpierw wyjaśnię, że w tekście nie chodzi mi o Warstwy, bo tutaj głową muru nie przebiję. Rozwój kosztuje. Mi pozostaje wyłącznie dochodzenie do wszystkiego okrężnymi drogami i wiele rzeczy pozostanie w sferze marzeń.
Chodziło mi o duże blogi.
12.15.2011
@deryl, no właśnie o profesjonalne blogowanie mi chodzi albo o półprofesjonalne. O jakieś aspiracje, cele. Bo blogi przestają być blogami a zaczynają przeistaczać się w coś co… niesłusznie zwie się magazynami (bo magazyny mają swoje prawa), stają się… serwisami internetowymi, vortalami tematycznymi (vortal- zapomniane pojęcie). Na zachodzie to już trwa pełną gębą. U nas? Zobaczcie, o których niby to blogach wciąż się mówi.
A to co napisałeś odnośnie opłacalności jest prawdą. Wiesz, ktoś może sobie pisać 10 blogów, żeby skumulować 100 tys. odwiedzin, ale nie wierzę, że jest w stanie pisać regularnie i łączyć to z innymi zajęciami, chodzi mi tu głównie o pracę zarobkową na etacie.
12.15.2011
@chris, już sama nazwa „pamiętnik” jest trochę niefortunna, bo pamiętnik to się pisze tylko dla siebie i chowa do skrytki pod parkietem.
No chyba, że się jest pisarzem, to się dzienniki upłynnia.
Poruszyłeś temat rozjeżdżających się pojęć. Chociaż blogi dzielą się na jakieś podtypy, to taki podział nie jest wystarczający. AntyWeb, SpidersWeb to blogi? Mam tekst na ten temat, dociera się.
12.15.2011
@Andrzej, oczywiście, że nie piszę Warstw dla kasy. Mało tego nie piszę ich nawet dlatego, żeby promować własne usługi, czy moje produkty. Dlatego jest mi łatwiej poruszać pewne tematy. To daje mi komfort.
Chociaż z drugiej strony brakuje mi zaplecza pod rozwój zajawki. Rozumiem przez to zrobienie czegoś dla użytkowników, zaskakiwanie użytkowników. Nie mogę tego zrobić, bo mi się to zwyczajnie nie zbilansuje właśnie przez to, że Warstwy są tworem hobbystycznym.
12.15.2011
@Magda, dzięki. Dopiero po napisaniu tego tekstu spojrzałem w internet i można znaleźć coś na temat kosztów. Były jakieś publikacje wcześniej. Ja celowo nie korzystałem z wyszukiwarki, żeby się nie sugerować.
12.15.2011
@jask, dzięki. To nie są tak do końca reklamy. Są to firmy, którym coś zawdzięczam i które zdejmują ze mnie część kosztów. Na tym się to opiera.
12.15.2011
A możesz podać jakieś przykłady odnośnie tego kiedy darmowe narzędzia zaczynają zawadzać?
12.15.2011
@deryl, ostatnio np. znowu przesunąłem swój ruch w sieci na Twittera. Tam zaczęły się Warstwy.
I od tego zaczynając, myślisz że bezboleśnie mogę sobie zrobić kopię wpisów? Narzędzia do sprawdzania tego kto spośród osób, które obserwuję nie obserwuje mnie też są ograniczone np. do 100 osób dziennie (więcej nie „odptaszysz”). Tzn. raz tam znalazłem jakiś darmowy wyjątek bez ograniczeń, ale nie zapisałem i nie znalazłem już tej strony drugi raz.
Ja na serio nie mam manii na punkcie swojej osoby i na punkcie Warstw. Ale średnio kilka razy w miesiącu trafiam na nowe (dla mnie) blogi z bardzo dobrą treścią. I co? One niby się powinny tą treścią wybronić, bo tak sugerują poradniki. W takim razie, czemu te blogi mają: 40 subskrybentów RSS, 25 fanów na fb? Raczej to mnie dziwi, a czasem nawet boli.
A wystarczy wrzucić trochę kasy i wcale nie musisz pracować z narzędziami od dobierania słów kluczowych, by twoje artykuły nie były odsłanianie po 50-200 razy, a po 5000 razy.
12.15.2011
Z punktu widzenia wydawcy napiszę tak.
Blogów jest zatrzęsienie. Każdy kto ma własną stronę jest przekonany, że powinien pisać bloga, bo na pewno ma coś istotnego do powiedzenia światu.
Dość często jednak, blogi dryfują w stronę agregatora „fajnych treści” znalezionych na innych blogach lub wyszukanych w zagranicznych serwisach. Nie ma we wpisach własnych przemyśleń, nie ma odwagi stawiania pytań i szukania na nie odpowiedzi, nie ma nawet prób kreowania opinii, jest schematyczne powielanie tego, co setki osób już napisały.
Inny kierunek to opisywanie rzeczy i zdarzeń, nieistotnych, tak naprawdę, z punktu widzenia odbiorcy branżowego.
Polskie blogi opiniotwórcze można policzyć na palcach obu rąk.
Na to nakłada się jeszcze jedna, z mojego punktu widzenia istotna rzecz. Wiele blogów ilustrowanych jest materiałami, których pochodzenie jest nieokreślone. Twórcy, zapiekli w walce o swoje prawa autorskie, zapominają wspomnieć kto jest autorem wykorzystanego zdjęcia czy ilustracji, skąd zdjęcie zostało pobrane.
Wspomniane przez Ciebie miejsca są zdecydowanie magazynami internetowymi.
Jeśli chodzi o narzędzia.
Wystarczy teksty przygotowywać offline i katalogować datami, tytułami, etc.
Budowanie społeczności skupionej wokół tytułu, budowanie świadomości jego istnienia, budowanie marki, to zajęcie na długie miesiące, czasem lata.
Jeśli więc ktoś, zawiedziony niską frekwencją w pierwszych miesiącach zniechęca się, to znaczy, że zbyt powierzchownie poznał temat, nie był przygotowany należycie do realizacji projektu, kolokwialnie rzecz ujmując, patrzył na tych, którzy już osiągnęli pewien pułap, nie myślał jednak o tym jaką drogę trzeba przebyć, by się obok nich znaleźć.
Na koniec pozwolę sobie dodać, że nieustająco poszukujemy autorów ciekawych blogów, by opublikować ich teksty, zalinkować ich blogi i w ten sposób rozszerzyć grono ich odbiorców. Adres jest w nicku.
12.16.2011
Na chwilę obecną, ciężko jest traktować blogowanie jako formę zarobków wystarczającą do utrzymywania się z tego. Polska blogosfera jest bardzo rozczłonkowana i raczej się nie spotyka dużych graczy na rynku w takim znaczeniu jak to ma miejsce na popularnych blogach zagranicznych. Jeśli ktoś się próbuje utrzymać lub tylko utrzymać serwer i domenę z reklam prowadząc bloga o technologiach internetowych, to będzie miał bardzo utrudnione zadanie z tego względu, ze tego typu blogi odwiedzają tzw. „power-userzy” czyli osoby które wiedzą czego szukają i wiedzą jak blokować reklamy na stronach w celu uniknięcia problemu dekoncentracji podczas czytania treści wpisów.
12.17.2011
Nasuwa się pytanie o aktualną definicje słowa Blog.
Czy blogi które zatrudniają twórców treści są jeszcze blogami, oraz czy „agregaty fajnych treści” to w ogóle blogi? Z technicznego punktu widzenia oparte są o system blogowy (zazwyczaj wp), ale czy tylko z tego powodu można nazywać takie strony blogami?
12.23.2011
No właśnie się zastanawiałam czy chodzi o Warstwy, czy raczej to ogólne spojrzenie.
Rzeczywiście mało się widzi takich artykułów, raczej jest opcja w druga stronę czyli same ochy i achy nad pisaniem bloga i korzyści jakie przed nami czekają.
Swoją drogą myślałeś kiedyś żeby to robić full-time?
12.27.2011
@RedKoala, w poprzedniej wersji artykułu były zawarte liczby, a artykuł nosił tytuł „Ile kosztuje blog?”. Ale nauczony doświadczeniami zrezygnowałem z podawania cyferek. Potem tylko to ludzie widzą i tego się czepiają. Poza tym, ciężko mi było te liczby ujednolicić, bo jeden ma vpsa, ktoś inny ma full gadżetów elektronicznych i wtedy koszty są mniejsze.
Nie pisałem o Warstwach, chociaż żeby je rozwinąć tak jak chcę to musiałbym mieć sporo pieniędzy.
O full-time blogowaniu myślałem. To ciężka, męcząca praca, trochę złudna, ale chciałbym prowadzić jakieś duże, szybkie media internetowe.
12.27.2011
@Patrycjusz Brzeziński, bardzo dobre pytanie zadałeś. Ja cały czas pracuję nad artykułem w tym temacie. Wiesz, definicje definicjami. Dawno nikt ich nie modyfikował. To nawet pewne, że obecnie blogi ewoluują w stronę tworów komercyjnych.
Słusznie zauważyłeś też, że często coś wrzuca się do worka z napisem „blog”, jeśli zauważy się, że twór internetowy oparty jest o silnik blogowy.
12.27.2011
@sunpietro, słuszne masz spostrzeżenia. Również te odnośnie blokowania reklam przez zaawansowanych użytkowników. Chociaż same blokowanie reklam jest złe. Reklamy są czasem przydatne, dzięki nim też pozyskuje się wiedzę o nowych produktach, promocjach i firmach. Ale jest tak jak napisałeś, a szansą na zarobek i to niezaprzeczalnie najlepszą jest pisanie artykułów sponsorowanych.
12.27.2011
Blokowanie reklam to jasny sygnał, że te wyświetlane na stronie są
a) źle dobrane
b) zbyt inwazyjne
c) męczące do bólu
d) przeszkadzają w odbiorze treści.
e)….
i tak można wymieniać.
Do szału macicy doprowadzają linki w tekście, przyczepione do pojedynczych wyrazów i kierujące do stron niezwiązanych z zainteresowaniami czytelnika.
Parcie na zarabianie na reklamach powoduje, że blogerzy przestają myśleć i najzwyczajniej w świecie gotowi są sku…ć za kilka groszy od clicka, nie myśląc o czytelnikach i długofalowych konsekwencjach reklamowania byle jak, byle gdzie, byle więcej.
Poważnym błędem jest też kamuflowanie notek komercyjnych. Skoro bierze kasę, powinien mieć jaja i umieć napisać, że pisze konkretny tekst za kasę. Czytelnik sam wybierze.
12.27.2011
@chris, dziękuję za wyczerpującą wypowiedź. Zgadzam się z nią. Blogów jest bardzo dużo. Z zasady blog powinien być tworem osobistym, powinien zawierać przemyślenia. I tutaj wielu ludzi zachowuje się asekuracyjnie. Temat rzeka.
Jestem przekonany, że w sieci są całe setki świetnie prowadzonych źródeł, na które prawie nikt nie zagląda. Ich potencjał się marnuje. Są ludzie, którzy mają świetny warsztat, świetnie piszą, ale albo o rzeczach, które nikogo nie obchodzą albo nie potrafią tego promować (ale raczej to pierwsze). Sam problem tkwi też w tym czy ktoś pisze pod wyszukiwarki czy ma to gdzieś i robi to dla siebie. Pisanie pod wyszukiwarki czasem czuć, a już na bank wypacza to samą składnię, język. Może też spaść komfort czytania. Pisanie na potrzeby internetu różni się od pisania klasycznego. W obu przypadkach potrzebna jest praktyka.
Wiele razy pisałem o tym, że siła tkwi w jedności, w tworzeniu tytułów posiadających wielu autorów. W tym jest moc.
Z drugiej stron rozumiem, że każdy chce mieć swój kawałek przestrzeni wirtualnej, że z jednoczenia się często wychodzą draki.
Sprawa praw autorskich jest faktycznie nierozwiązana. A wynika to z niedbałości samych autorów tytułów internetowych, z niechęci do wyprowadzania linków, bo od zestawienia np. 50 najlepszych zdjęć charakterów graffiti trzeba odprowadzić 50 linków a to tylko jeden artykuł. W ten sposób łatwo zachwiane zostaną proporcje pomiędzy linkami przychodzącymi i wychodzącymi. Ludzie się strasznie „strachają” o SEO. Poza tym, czytanie zapisów licencyjnych do każdego z 50 zdjęć to spory kłopot. Każdy może to przyznać, że to swoje trwa, czasem sami twórcy wyrażają się z małą precyzją, zapisy nie są jednoznaczne. Są kłopoty. Sam mam niezły mętlik, wiele dylematów.
Jeśli chodzi o perspektywy, budowanie marki bloga (serwisu) to jest z tym różnie. Dużo zależy od szczęścia, tematyki bloga, modelu i planowania. Niektórzy zadowalające efekty osiągną bardzo szybko opierając się wyłącznie o tłumaczenia notek z popularnych blogów. Przyznaję, to może budzić wściekłość. Ale internet jest dość prymitywny.
12.30.2011
Pozwolę sobie na polemikę.
Piszących pod wyszukiwarki wykluczam z marszu. To jest ten rodzaj treści, który zubaża internet, jeśli traktować go jako źródło informacji czy choćby rozrywki.
Sprawa praw autorskich jest rozwiązana bardzo dobrze. Bolączką współczesnych autorów jest tylko i i wyłącznie brak poszanowania dla reguł, które stają się dopiero wtedy istotne, gdy zostaną naruszone prawa takiego autora. Wtedy to podnosi się larum, że ukradli, skopiowali, splagiatowali.
W tej samej kategorii umieszczam tłumaczy cudzych tekstów. Co z tego, że jeden z drugim przetłumaczył, skoro autor oryginału o tłumaczeniu nie wie, nie wyraził zgody na publikację tłumaczenia, co więcej, nie przynoszą mu te tłumaczenia korzyści, bo tłumacz zapomniał wspomnieć, że tekst nie jest jego…
Na większości stron znajduje się znaczek copyright. Nie trzeba zatem czytać wielostronicowych licencji, wystarczy uszanować fakt, że autor ma wiedzieć i wyrazić zgodę.
Wielu autorom wydaje się, że można szybko nakręcić oglądalność poprzez publikowanie cudzych wartościowych treści lub też kontrowersję. Ale to co przychodzi szybko, zwykle też szybko odchodzi.
Jest aktualnie moda na serwisy oparte o mniej lub bardziej durny obrazek z mniej lub bardziej durnym komentarzem i nie zawieść się na prymitywnych użytkownikach, którzy z radością dokopią, wykopią, dorzucą kilka chamskich uwag.
Tyle, że to są krótkoterminowe inicjatywy obliczone na… szybki zysk, szum medialny, chwilowa recepta na nudę.
Takie miejsca rozpoznaje się od razu i tylko chęć babrania się w gównie może skłonić do powrotu i częstego zaglądania.
Internet jest prymitywny?
Nie sądzę. Prymitywni mogą być odbiorcy tego czy innego serwisu, komentatorzy siejący nienawiść lub obrażający, przypadkowi goście szukający zaczepki i prowokujący do awantury.
Ale też narzędzia dostępne, nawet w darmowych systemach, pozwalają skutecznie odsiewać śmieci od wartościowych użytkowników.
Miejsce w sieci jest zatem tak prymitywne, jak prymitywny jest autor. A gromadzenie prymitywów wynika z przyciągania podobieństw. Tak jak kibole łączą się w większe grupy podobnych do siebie palantów, tak śmieciowe strony przyciągają śmieciowych użytkowników nie potrafiących „wnieść do internetu” wartościowych treści.
Tak jednak jak Biedronka nie rywalizuje z Almą, bo nie ma ku temu podstaw, tak śmieciowe strony pisane pod wyszukiwarki czy zapychane wątpliwej jakości lub kradzioną treścią, nie mogą i nigdy nie będą mogły rywalizować z wartościowymi miejscami.
Wybiera twórca/autor, określając na początku swoją grupę docelową a potem pilnując by „jego” użytkownicy, starannie dobrani, czuli się u niego komfortowo.
1.1.2012
@chris, może najpierw odpowiem na poprzedni wątek jaki poruszyłeś. Ten odnośnie reklam i kamuflowania artykułów sponsorowanych.
Z perspektywy czytelnika
Zgodzę się co do tego, że artykuły sponsorowane powinny być specjalnie oznaczone i dość często tak jest na blogach autorów bardziej świadomych zasad prowadzenia mediów. Chociaż, kurcze i na ich tworach internetowych zdarzają się jakieś treści czymś dziwnym podszyte, mają jakiś niejasny ładunek. A to już wynika ze strachu przed nagonką użytkowników.
Nie przepadam za artykułami sponsorowanymi. Lubię je w formie wpisów konkursowych, gdzie łączone są zwięzłe opisy wielu firm fundujących nagrody. Powaga. Takie pigułki są dla mnie najlepsze, bo masę ciekawych rozwiązań namierzyłem dzięki nim.
Z perspektywy skromnego autora
Nie interesują mnie gotowe materiały promocyjne wysyłane masowo przez firmy. Bezczelnością jest dla mnie myślenie tych firm, bo nie dość, że chcą umieszczenia takich materiałów za free, nie dość, że artykuły mogą pojawić się na wielu stronach (w nietkniętej formie) to jeszcze firmy traktują to jako współpracę i piszą, że to jest współpraca. Dla mnie to rażące mylenie pojęć, bo nie mam z tego korzyści. Po co mi ksero jakiejś treści reklamowej?
Myślę, że warto ustalić sobie zasady odnośnie takich artykułów. Gdyby miały pojawić się tutaj, to pojedynczy egzemplarz może pojawić się co 20 artykuł, musi być mojego autorstwa, sam muszę dobrze myśleć o produktach/usługach danej firmy. I nie mogą być to rzeczy napisane szablonowo, musi być jakiś nietuzinkowy pomysł na artykuł tego rodzaju. Jak go nie ma, nie ma dla mnie sensu taka „klepanka”.
Co do reklam to mnie najbardziej irytują mnie typowe „przeszkadzajki”, które zasłaniają treść, poruszają się.
1.1.2012
@chris, ale my wcale nie różnimy się w sposobie myślenia w tym temacie. Ja widzę, że na Graffusie stawiacie na unikatową treść tematyczną o wysokiej jakości. I popieram to jako czytelnik i autor skromnego tytułu. Jestem podobnego zdania jak Ty, bardzo mi zależy na tym by wartościowe treści były premiowane, chętnie odczytywane, żeby to one były górą a nie durne obrazki z durnymi podpisami serwujące tanią rozrywkę. Pisząc o prymitywnym internecie właśnie o takie przykłady mi chodziło, o tego rodzaju smutną refleksję. Jest to moje spojrzenie z perspektywy obserwatora, a nie autora. Bo czy to nie jest banalne? Sieknę sobie takie obrazki wrzucę na facebooka i zafunduję sobie świetną promocję, będę miał lajków a lajków. A pod wpisem, który zmusza do myślenia nie będzie lajków. O takie sytuacje mi chodzi.
Temat jest za szeroki, żeby jakoś zgrabnie się wypowiedzieć. Wszystko zależy od tego jakie ktoś reprezentuje podejście. Hmm. Każdy kto publikuje treści w internecie chce, żeby były one odczytywane. I teraz wszystko zależy od tego, czy znajdą one odbiorców i czy będzie to grupa wystarczająca do tego, by motywować do pracy.
A do tego wszystkiego trzeba mieć jeszcze własne zdanie, umieć chodzić na kompromisy pomiędzy tym co chce się publikować a tym czego oczekuje czytelnik. Nie można dać się zwieść publikowaniu pod publiczkę, bo można zatracić sens pisania i zgubić w tym wszystkim siebie.
1.2.2012
A ja pozwolę sobie ponownie zapytać się o współczesną definicje terminu „blog”. W dalszym ciągu nie wiem czym jest współczesny „blog” i czym różni się o strony magazynu, czasopisma czy redakcji
1.6.2012
@Patrycjusz Brzeziński, spokojnie. Będzie taki tekst. Cały czas go przygotowuję i powiem tylko tyle, że ciężko jest to precyzyjnie określić.
W pierwszej kolejności pojawi się tekst o tym czym jest magazyn internetowy, bo jest już w 95% gotowy. Myślę, że w miarę sensowny wyszedł.
1.7.2012
Definicja pozostaje niezmienna.
Natomiast płynne jest ‘samoprzypisanie’ autorów/właścicieli do konkretnej kategorii.
Być blogiem jest łatwiej ze względów formalnych, nadanie sobie statusu prasy (elektronicznej) czyli bycie wortalem, portalem, e-magazynem wiąże się z kagańcem prawa prasowego, z czego wiele osób sobie nie zdaje sprawy.
1.8.2012
@chris, trafiłeś w dziesiątkę. Przygotowuję tekst o tym czym jest magazyn internetowy, bo lubię porządek i chcę mieć go w sieci. Dla mnie to ważne z prostego względu. Rynek prasowy się digitalizuje, ubolewam nad tym, ale jeśli nie mam innego wyboru i będę musiał jeszcze dłużej siedzieć przed ekranem, żeby mieć dostęp do tego co na chwilę obecną jeszcze jest w druku (i na szczęście) to chcę mieć ład, chcę wiedzieć gdzie siedzę, z czym mam styczność.